Mimo, że nazywano go „diabelskim jabłkiem” w wielu sytuacjach potrafił ratować od głodu całe narody. Na całym świecie stawiają mu pomniki – w naszym kraju ma dwa –, a wieszcz Adam Mickiewicz poświecił mu nawet poemat. Ziemniaki zasłużyły się nie tylko w kuchni, ale odgrywają znaczącą rolę w tradycji ludowej. Przełom września i października to na wsiach właśnie czas ziemniaka.

Pochodzą z Ameryki Południowej, z terenów dzisiejszego Peru, Chile i Boliwii. Stamtąd w okresie odkryć geograficznych przywędrowały do Europy. Do Polski zawitały podczas odsieczy wiedeńskiej – podobno król Jan III Sobieski wysłał wtedy Marysieńce cały wór ziemniaków. Jednak nie od razu stały się jednym z najchętniej jadanych warzyw i podstawą jadłospisów. Początkowo, dzięki pięknym kwiatom traktowano je głównie jak ozdobną roślinę egzotyczną. Wierzono także w ich moc leczniczą – były używane np. w walce z reumatyzmem. Coraz większą popularność zaczęły zdobywać w połowie XVIII wieku i od tamtej pory do dziś niepodzielnie królują na naszych stołach.

Droga na wiejskie stoły była dla ziemniaków nieco dłuższa niż w przypadku dworów. Społeczeństwo było nieufne i podejrzliwe. Warzywa te nazywano „diabelskimi jabłkami” i podejrzewano, że mogą być trujące. Jednak smak i przydatność kartofli mówiły same za siebie. Już w XVIII wieku rozpowszechniano sposoby na ich wykorzystanie. Według niektórych autorów z ziemniaków można było sporządzać np. „ryż”- w tym celu mieszało się skrobię z białkami jajek. Wspominano także o ziemniaczanym makaronie czy nawet… kawie. Aby otrzymać taką kawę trzeba było ziemniaki zagotować, obrać i pokroić w talarki. Talarki kładziono potem na blachę, suszono w piecyku, a na końcu „upalano” jak zwykłą kawę i mielono. Nie wszystkie te przepisy docierały na wieś, ale i tak mnogość potraw, które można było przyrządzać i stosunkowa łatwość w uprawie sprawiły, że na wiejskich stołach warzywa te zdetronizowały ostatecznie brukiew i rzepę. Bardzo szybko to one zaczęły stanowić podstawę jadłospisu. Pieczono je w popiele, gotowano w mundurkach, sporządzano kluski, placki czy farsze do pierogów. W poszczególnych regionach popularne były babki czy kiszki ziemniaczane.

Dla mieszkańców wsi istotny był fakt, że kartofle nie tylko mogły być składnikiem posiłków, ale można było karmić nimi zwierzęta czy używać ich do wyrobu wódki lub krochmalu. Ze względu na tę uniwersalność, łatwość przyrządzania i przechowywania, ziemniak stał się elementem tradycji, a jego uprawa, siew czy zbiory zajęły bardzo ważne miejsce w kalendarzu każdego gospodarza. Najważniejszym „ziemniaczanym” obrzędem były wykopki. Zgodnie z tradycją należało je rozpoczynać 23 września, czyli w dzień św. Tekli, a zakończyć najpóźniej przed dniem św. Jadwigi wypadającym 16 października. Do dziś znane jest powiedzenie „w dzień świętej Tekli ziemniaki będziem piekli”. W wykopki angażowały się całe rodziny, ale korzystano także z pomocy sąsiedzkiej. Była to okazja to integracji społeczności, ale także do wspólnej zabawy. Wspólnie kopano ziemniaki z pola jednego gospodarza, by potem przenieść się na kolejne. Głównymi narzędziami były tu motyki. Wykopane warzywa wkładano do wiklinowych koszy. Z czasem zaczęto wykorzystywać kopaczki konne. Po wykopaniu warzywa należało przebrać i podzielić na te przeznaczone do jedzenia, na pokarm dla zwierząt i do sadzenia. Przy takiej wspólnej pracy nikt nie liczył na zapłatę – jedyną jej formą był poczęstunek albo obdarowywanie zbożem czy gruszkami ulęgałkami. Po skończonej pracy razem świętowano. W okolicach Lublina organizowano tzw. dokopiny. Wykonywano wtedy wianki z kwiatów i maciny kartofli, jedzono i tańczono. W wielu regionach wykopki kończyły się paleniem ognisk, w których pieczono ziemniaki i bawiono się. Na Kaszubach, podczas tych zabaw, odbywały się skoki przez ogień. Przydeptanie płomienia lub łzawienie oczu wróżyły nieszczęścia. Zakochane pary skakały razem trzymając się za ręce – jeśli przeskoczyli bez przygód, miało ich czekać wspólne, szczęśliwe życie.

Im bardziej popularne stawały się ziemniaki, tym więcej osób uczestniczyło także w wykopkach. Po II wojnie światowej były one niemal doświadczeniem narodowym. W czynie społecznym brali w nich udział uczniowie, studenci, ale też pracownicy fabryk czy urzędów. W tym okresie ziemniaki integrowały więc, nie tylko członków pewnych społeczności, ale łączyły miasto ze wsią. Dziś obrzęd ten stracił już na znaczeniu – mechanizacja sprawiła, że  rodziny i sąsiadów mogą zastąpić maszyny. Kartofle natomiast wciąż stanowią bardzo ważny element kuchni regionalnych i mają różne nazwy w poszczególnych regionach – w gwarze poznańskiej to pyry, góralskiej – grule a po kaszubsku bulwy. Aby tradycja do końca nie zaginęła, w wielu gminach jesienią organizuje się „Dni Ziemniaka”, aby przypomnieć związane z nim obrzędy i przepisy. I choć dziś warzywo to wydaje nam się pospolite, warto pamiętać, że ma swoje miejsce nie tylko w dziedzictwie, ale – dzięki Mickiewiczowi i Tuwimowi – także w literaturze. Choćby dlatego wciąż zasługuje, by królować na naszych stołach.

Tekst: Magdalena Trzaska