Rozmowa z Kazimierzem Bobińskim, autorem kolekcji miniatur, w których zatrzymał świat, który już odszedł.

– W muzeum szlachty Mazowieckiej w Ciechanowie znajduje się ekspozycja „Dawne rzemiosło wsi mazowieckiej w miniaturze”. Składa się ona z wykonanych przez Pana replik budynków, przedmiotów, urządzeń, narzędzi, pojazdów… Jest tam odtworzone właściwie wszystko, co towarzyszyło naszym przodkom w ich codziennym życiu i pracy. Te miniaturowe dzieła są wykonane niezwykle starannie, z wielką dbałością o szczegóły i na ich wykonanie musiał Pan poświęcić wiele czasu i energii. Co spowodowało, że powstały te miniatury?

– Wszystko zaczęło się siedemnaście lat temu. Wykryto u mnie wtedy raka płuc i trzeba było poddać się operacji. Wiadomo, że człowiek w takiej sytuacji musi brać pod uwagę, że to może być koniec jego życia, zresztą chirurg powiedział, że dopiero po otwarciu klatki piersiowej okaże się, jak zaawansowana jest choroba. Gdy stałem już przed stołem operacyjnym, przyszła mi do głowy myśl, że jeśli przeżyję, muszę coś zrobić dla potomnych i dla Boga. Po operacji przyszedł do mnie mój lekarz, profesor światowej sławy, i powiedział: panie Kazimierzu, wszystko jest w porządku, organizm ma pan silny. A długo ja pożyję jeszcze? – pytam. Na to Pan nie umrze – mówi – bo w porę ktoś o Pana zadbał i guz tylko lewe płuco zajął. Usunęliśmy je, a prawe jest zdrowe. Poczułem się tak, jakbym dostał nowe życie i przypomniała mi się złożona sobie przed operacją obietnica.

Oczywiście czekała mnie długa rehabilitacja, musiałem nauczyć się żyć z jednym płucem. Jak tylko wróciłem do sił, zacząłem codziennie jeździć rowerem po okolicy. Najczęściej odwiedzałem pobliskie wioski. Wielką przyjemność sprawiało mi oddychanie pachnącymi kwiatami i miodem powietrzem. Gdy zadzwonił do mnie profesor, opowiedziałem mu o tych wycieczkach, a on mnie pochwalił: Bardzo dobrze – mówił – w powietrzu wiejskim jest zdrowie.
Po roku rekonwalescencji zdecydowałem, w jaki sposób spełnię to, co obiecałem Bogu i sobie na sali operacyjnej: postanowiłem odtworzyć dawne budynki, narzędzia i przedmioty, którymi posługiwali się moi rodzice i dziadkowie. Zacząłem je rekonstruować, bo tak zostałem wychowany, że obietnic się dotrzymuje. Kolekcja była już prawie kompletna, gdy spotkało mnie nowe nieszczęście. Mniej więcej po dwóch latach od operacji, podczas jednej z rowerowych wypraw straciłem czucie w nogach. Początkowo nikt nie chciał udzielić mi pomocy, bo ludzie myśleli, że jestem pijany, ale w końcu natknęła się na mnie kobieta, która mnie znała i zawiadomiła żonę. Paraliż okazał się nieodwracalny. Musiałem przesiąść się na wózek inwalidzki. Po jakimś czasie doszła do tego choroba serca, w tej chwili żyję dzięki rozrusznikowi. Co jakiś czas ląduje w szpitalu, niedawno z niego wyszedłem po ciężkim zapaleniu płuc. Ale się nie poddaję.

– Kto Pana nauczył stolarstwa?

– Zawód stolarski zdobyłem od ojca. Mając 8 lat już z nim pracowałem. Miałem zostać na gospodarstwie, ale nie lubiłem rolnictwa, rzemiosło mnie od dziecka pociągało. Mój ojciec był doskonałym stolarzem. Robił wozy, wolanty, najtrudniejsze rzeczy potrafił wykonać. A wszystkie narzędzia nazywał po niemiecku. W czasach jego młodości nie było szkół zawodowych i młody człowiek uczył się u majstra, a potem objeżdżał świat i zdobył praktykę. Ojciec praktykował w Niemczech i stąd te niemieckie nazwy narzędzi. Gdy zdawałem egzaminy w Izbie Rzemieślniczej w Płocku, bo jeszcze warszawska nie istniała, sztukę zdałem dobrze, nawet bardzo dobrze. Zrobiłem koło. To właściwie nie do stolarstwa należy, ale mój ojciec wszystko robił, to i ja chciałem zrobić coś trudniejszego niż zwykła stolarka. Patrzyli, stukali w podłogę, czy się nie chwieje, ale żadnej wady w nim nie znaleźli. Ja i kowalstwo przechodziłem, i rzeźnictwo, u krawca byłem, wszędzie uciekłem, bo to za nudne dla mnie było. Ja musiałem w przestrzeni żyć. Ale wracam do egzaminu: pytają mnie, a ja wszystkie narzędzia nazywam po niemiecku: sztamajza, hebel, winkiel, a przewodniczący mówi: Panie Kaziu, pan nie zdał u tych panów, ale u mnie pan zdał, bo ja wiem, o czym pan mówi. I tłumaczył im wszystkie nazwy na polszczyznę.

– Czy to znaczy, że ojciec był jednocześnie Pańskim mistrzem?

– Oczywiście. Ale nie tylko mistrzem stolarskim. On, a właściwie oboje rodzice, nauczyli mnie życia. Mieli ukończone tylko 4 klasy szkoły gminnej, byli prostymi ludźmi, ale bardzo mądrymi. Po tylu przeżytych latach mogę z całą pewnością mogę powiedzieć, że bardzo dobrze mnie wychowali. Nauczyli uczciwości w stosunku do innych i do siebie, wdzięczności za otrzymane dary, uczynności, odpowiedzialności za dane słowo, no i pracowitości, a ja te wartości

przekazałem moim dzieciom. Mam dwie córki. Starsza jest stomatologiem, młodsza skończyła biomedykę, zarządza nowoczesnymi urządzeniami medycznymi w ciechanowskim szpitalu. Córki umieją okazać wdzięczność, niech pani je zobaczy jak wpisały się do książki, którą woziłem ze sobą po wszystkich wystawach (podsuwa mi opasłą księgę): ,,Dawałeś nam siebie, kiedy pracowałeś po 12 godzin dziennie. Nasze były niedziele, kiedy chodziliśmy razem do kościoła, do kina, na spacery. Potem byłeś z nami, kiedy budowaliśmy swoje własne gniazda. Teraz (…) jesteś dla nas oparciem i służysz nam pomocą. Sobie i nam przysparzasz sławy, jesteśmy dumni z Ciebie, tatusiu”. Tak, i podpisali to także ich mężowie i synowie.

– Kim Pan jest z wykształcenia?

– O, jest tego trochę. Jak już mówiłem, jestem mistrzem stolarski. Zdobyłem też tytuł mistrza murarskiego, mam uprawnienia hydraulika, ja się tym nie chwalę, ale wszystko umiem zrobić. To, co pani widzi w tym domu, to własnymi rękoma zrobiłem: schody, podłogi, meble, dom córce wybudowałem, wszystko. A do szkół nie miałem szczęścia. Przed wojną zdążyłem tylko skończyć pierwszą klasę szkoły podstawowej, potem okupacja, więc kilka lat przerwy w nauce. Po wojnie skończyłem 7 klas, po dwie klasy rocznie. Język polski, matematyka, trochę historii. I do roboty. Zresztą był na to najwyższy czas, bo miałem przecież 17 lat. Już pracując skończyłem zawodówkę.

– Wróćmy do Pańskiej kolekcji. Jakich materiałów używał Pan, tworząc te miniatury?

– Głównie drewna. Najlepsza jest buczyna. To jest lite drewno, bez słoi, więc nie pęka, gdy się z niej toczy. Trochę gorsza jest dębina. Oprócz drewna wykorzystuję metal i szkło, czasem tkaninę. No i słomę, jak rekonstruowałem zabudowania. Miałem kolegę stolarza, nie żyje już niestety, i on miał resztki z buczyny, z dębiny… Często dawał mi taki balik albo dwa, a ja to przerabiałem.

– Jakie było Pańskie pierwsze dzieło?

– Najpierw zrobiłem cep. To dwa kije są: jeden dzierżak, drugi bijak. Bijak z twardego drzewa musiał być, ciężki, żeby ziarna wytryskiwały, jak się uderzyło w kłosy. Ja umiałem młócić nawet we trzech. Już we dwóch to była sztuka, a we trzech to mało kto umiał. Trzeba było bardzo uważać, żeby bijaki się nie zderzyły. Potem grabie zrobiłem, solniczkę, kierzanki do ubijania masła takie łatwiejsze rzeczy. Po nich prasę do sera. I coraz dalej, coraz dalej, aż oparłem się na podjazdach.

– A kiedy już Pan stworzył tę kolekcję…

– Jeździłem z tymi eksponatami po wystawach , po muzeach, po domach kultury, całą bliższą i dalszą okolicę zjeździłem. Przyjęcia, wernisaże, sława, prasa, telewizja. Mam kasetę czterogodzinną, wszystko tam jest nagrane, co na antenie było. Dwa razy zrobiłem wystawę o moim ogródku. Przyjeżdżały autokary z dziećmi szkolnymi, opowiadałem im wszystko o rzeczach, które wykonałem, bo one przecież nigdy nie widziały większości z nich. Kiedyś przyszły dwie staruszki. Obejrzały i popłakały się, bo przypomniały się im młode lata. Wzruszyły się, ja też. Takie sytuacje jeszcze bardziej mobilizowały mnie do dalszej pracy, bo widziałem, jakie to ważne dla ludzi.

– Co było powodem, że swoje repliki przekazał Pan muzeum?

– Oddałem to do naszego muzeum, gdy unieruchomił mnie paraliż. Nie mogłem już z nimi nigdzie jeździć, pokazywać, to pomyślałem, że tam będą je mogli oglądać wszyscy odwiedzający nasze miasto. Żal mi było rozstawać się z tą kolekcją, ale wytłumaczyłem sobie, że przecież zrobiłem ją nie dla siebie, tylko dla innych i tam najlepiej będzie im służyć.

– Czym się Pan wtedy zajął?

– Po rozstaniu się z kolekcją, a jeszcze bardziej po utracie kontaktu z ludźmi, a przede wszystkim z młodzieżą, który to kontakt ceniłem sobie najbardziej, powstała w moim sercu i umyśle ogromna pustka. Więc pomyślałem sobie: co ja teraz zrobię? Pojechałem do kościoła, do fary naszej. Tam jest kaplica Najświętszej Marii Panny, piękna kaplica, którą projektował Zin. Poszedłem do tej kaplicy, ukląkłem przed Matką Boską i się modlę: pomóż mi, powiedz, co mam dalej robić ze sobą, żeby nie myśleć o chorobie, żeby nie myśleć o bólu, tylko żyć. Wtedy przyszła mi do głowy myśl, chyba od Boga ona była: a spróbuj zrobić tę farę w miniaturze. Tak. Wróciłem do domu zadowolony. Na drugi dzień wnuczków wziąłem, mieli oni wtedy po 10 lat, zabraliśmy ze sobą aparat fotograficzny, miary, tyczki i pojechaliśmy. Zachciało im się pić, więc pojechałem do sklepu, a oni zostali, żeby pilnować sprzętu… Zainteresował się nimi kościelny, spytał co tu robią, a oni odpowiedzieli, że robią pomiary, bo ich dziadek będzie budował tę farę. Popatrzył na nich, pomyślał, że są niespełna rozumu. Na szczęście wróciłem z napojami i wyjaśniłem mu, o co chodzi. Gdy któregoś dnia robiłem dodatkowe pomiary, spotkałem księdza, który poparł mój projekt. Piękne zajęcie – powiedział – na chwałę Boga. Jak będzie gotowy, to wystawimy go w kaplicy. A kiedy pan spodziewa się to skończyć? Za rok – odpowiedziałem. Po roku spotykam go na ulicy. I pytam, kiedy zrobimy wystawę repliki. Bardzo się zdziwił, że jest już gotowa i

zdecydował, że zrobimy to w najbliższą niedzielę. Razem z córkami i zięciami przywieźliśmy replikę i ustawiliśmy w kaplicy św. Józefa. Montowaliśmy ją z 9 części, bo w całości nie dała się przetransportować. Gdy była już złożona, przyszedł kościelny i śmieje się: a, to ta fara, o której mówili pańscy wnukowie… O Jezu, jakie to piękne!
Przyszła niedziela. A to wtedy powiedział ksiądz (pan Kazimierz podsuwa mi książkę z zaznaczonymi fragmentem): ,,Jest to niewątpliwie wydarzenie kulturalne ważne dla naszej parafii. Ukazuje bowiem moc ducha człowieka, którego ciało dotknięte zostało ciężką chorobą” – czytam. No i ksiądz poprosił mnie, żebym opowiedział o pracy nad repliką. Pani sobie nawet nie wyobraża, jakie to było dla mnie przeżycie: przemawiać w wypełnionym po brzegi ogromnym kościele. A jak się rzucili, jedni do oglądania repliki, a drudzy do składania gratulacji i życzeń, to musiałbym chyba parę tysięcy lat żyć, żeby się spełniły wszystkie…

– Czy ktoś Panu pomagał w pracy nad repliką kościoła, bo to przecież ogromne zadanie, a Pan był już wówczas sparaliżowany?

– Starsza córka, ta, która została stomatologiem. Ona jest niezwykle uzdolniona manualnie. Miała zawsze chęci do takich prac. Jak chodziła do ogólniaka, to ja w czasie wakacji zabierałem ją ze sobą do pracy. Była taka potrzeba, bo w firmie najczęściej zatrudniałem rolników, a oni w czasie żniw byli zajęci we własnych gospodarstwach. To brałem córkę do pomocy. Nieraz po powrocie tak ją kości bolały… Ja mówię: nie gniewaj się córko, ale ja sam sobie nie poradzę, a tu trzeba żyć. Po dwóch, trzech dniach przestawały ją boleć, a teraz jeszcze czasem wspomina: tatusiu, ja tak pilnie się potem uczyłam, bo już wiedziałam, jaka ciężka jest praca fizyczna.
I ona właśnie pracowała razem ze mną przy wykonywaniu repliki fary. Pomagała mi przy pracach wymagających większej siły fizycznej, a potem gdy już robiłem drobniejsze rzeczy, zajęła się wykonywaniem witraży, co wymagało ogromnej precyzji. Ja przyciąłem szkło, a ona sfotografowała oryginalne witraże i odwzorowywała je. Często musiała nanosić wiele warstw farby, żeby uzyskać właściwy odcień. Tygodniami wieczorami siadywała tutaj i malowała.
Przez dobre pół roku rzeźbiłem drobne elementy, tysiące cegiełek, detali było mnóstwo. Często pracowałem nawet nocą, bo jak się zająłem jakąś rzeczą, to trudno było się oderwać. Taka pasja mnie ogarnęła, mówiłem sobie, że muszę to dokończyć, bo obiecałem Bogu, i to mi dodawało sił. Jak jechałem do kuchni na kolację, to żona to wszystko odkurzała, wietrzyła bo przecież pracowałem i szlifierką, i piłką, a ja nie mogłem w kurzu spać z tym swoim jednym płucem. Ile ona się biedna napracowała przy tym! Wspierała mnie w każdej chwili, podobnie jak córka.

– Czyli całą rodzinę zaangażował Pan do pomocy?

– O tak! Ja mam taki jakiś dar od Boga, że umiem wykorzystać ludzkie umiejętności, jeśli cel jest dobry. Wiedziałem, co kto może zrobić i dawałem mu zadanie do wykonania. Nawet młodszy wnuczek, teraz student informatyki na Politechnice Warszawskiej, też mi w tej pracy pomagał.

– Czym się pan zajął po wykonaniu tego ogromnego dzieła?

– Wykonałem replikę ciechanowskiego ratusza. Też było to duże przedsięwzięcie, ale nie tak pracochłonne jak fara.

– W ilu miejscach znajdują się obecnie Pańskie prace?

– Przed wszystkim w muzeum, jakieś 80 procent, a poza tym w ratuszu oraz u bliższej i dalszej rodziny. Takie rodzinne prezenty na pamiątkę. Ksiądz chciał replikę fary zatrzymać w kościele, ale się nie zgodziłem. Powiedziałem mu, że tam oglądaliby ją tylko wierni, właściwie zawsze ci sami, a w muzeum wszyscy, którzy je odwiedzają, i przyznał mi rację.
W ratuszu znajduje się jego replika. Stoi w dużym holu. Moja chrześniaczka, bratanica jest absolwentką germanistyki i jak przyjeżdżają do Ciechanowa Niemcy, to ona pracuje jako tłumaczka. To jak mi powtórzyła, co prezydent powiedział o tej replice i mnie gościom, to aż dreszcz poczułem. Co ja zresztą będę pani mówił, sama pani rozumie, co może w takiej sytuacji czuć twórca…

– Z którego ze swoich dzieł jest Pan najbardziej dumny?

– Z kościoła. Wykonaniu go poświęciłem najwięcej czasu, no i moja córka ma w nim największy udział. Wiele wieczorów spędziliśmy wspólnie przy pracy nad nim, a taka wspólna praca bardzo zbliża. To dzieło mojego życia.

– A czy Pańskie prace znajdują się w prywatnych zbiorach? Czy zrobił Pan coś na zamówienie?

– Nie. Miałem takie propozycje, ale zazwyczaj odpowiadałem, że ja na zarobek nie tworzę. Prezes polonii ze Szwecji, który kiedyś oglądał wystawę zrobioną przeze mnie w ogródku, też chciał kupować. Mówi mi: pan nawet nie wie, jak wielką rzecz pan zrobił. A ja: panie prezesie, ja wiem co zrobiłem i po co to robię. To moja młodość, moja miłość, a miłością się nie handluje. Pan wie, kto miłość sprzedaje. Ja to muszę potomnym oddać. U mnie pan nic nie kupi. Zobaczyć – tak. Taki zawstydzony był…
Ratusz podarowałem mojemu serdecznemu przyjacielowi, panu Ryszardowi Sobotko, który od wielu lat pomaga mi we wszystkim, jest korektorem moich dwóch książek, napisał też do nich piękne wstępy. A z ratuszem jest związany, bo był radnym przez kilka kadencji.

– Wspominał Pan o swych książkach. Proszę mi coś o nich powiedzieć.

– Najpierw napisałem książkę ,,Korzenie i gałęzie rodu”, w której odtworzyłem historię rodziny oraz przedstawiłem jej współczesność. Potem powstała książka autobiograficzna ,,Wędrówka przez XX wiek”. Kilka lat potem napisałem ,,Jak walczyć z chorobą”. A parę miesięcy temu ukazała się nakładem Towarzystwa Miłośników Ziemi Ciechanowskiej książka ,,Tak żyli nasi przodkowie”, która zawiera fotografie wykonanych przeze mnie replik i ich opisy.

– Jedna z pańskich książek nosi tytuł ,,Jak walczyć z chorobą”. Jakie jest przesłanie tego utworu?

– Napisałem tam, że najskuteczniejszą bronią w walce z chorobą jest działanie, tworzenie, i poparłem to przykładem własnego życia. Działanie pozwala na oderwanie myśli od choroby, a także daje siłę do walki z nią. W naszym szpitalu była promocja tej książki. W tym samym szpitalu stała przez 3 lata replika ratusza. Przy skarbonce, do której ludzie wrzucali datki na tomograf komputerowy dla szpitala. Podchodzili, żeby zobaczyć replikę budynku, a tu skarbonka. To głupio było nie wrzucić. I wrzucali, szpital kupił ten tomograf. I takie dostałem podziękowania od dyrekcji (podaje mi pismo): ,,Jesteśmy wdzięczni, że swoją wystawą włączył się Pan do społecznej akcji zbiórki pieniędzy na zakup tomografu komputerowego, który pozwoli na szybkie i nieinwazyjne diagnozowanie wielu chorób”. Ja sam już dwa razy z niego korzystałem. Tak to się czasem w życiu układa…
Ja pani powiem, od czego dostałem raka płuc. I niech pani koniecznie o tym napisze, żeby przestrzec wszystkich palaczy. Ja paliłem papierosy 51 lat. Paliłem od wczesnego dzieciństwa. Jak Niemcy weszli, do szkoły się nie chodziło, chłopaki bez dozoru byli, to czego się nie paliło: pokrzywy suche, koniczynę, liście z kasztana, wszystko się paliło. Nawet wysuszone łajno końskie, zawijało się w gazetę… U Niemca za jedno jajko można było dostać całą paczkę tabaki, to podbieraliśmy jajka z kurnika i wymienialiśmy je na tytoń. Dopiero jak zachorowałem, to zrozumiałem, jak strasznym wrogiem człowieka jest palenie. Zapisałem się do towarzystwa antynikotynowego, uczestniczyłem w spotkaniach z młodzieżą, chciałbym uchronić ludzi przed losem, jaki spotkał mnie.

– Komu zawdzięcza Pan najwięcej?

– W moim trudnym życiu najbardziej pomaga mi żona ukochana. Co noc musi wstawać po parę razy. Jak potrzebuje jej pomocy to dzwonię do niej z telefonu komórkowego i ona zawsze przychodzi, przewraca mnie na drugi bok, bo wszystko mnie boli, piecze, a zmiana pozycji przynosi ulgę. A przecież ona też jest schorowana. Męczy się, ale mówi, że dopóki da radę, będzie mnie obchodziła. Córka starsza zawsze przychodzi rano, żeby pomóc mi przy porannej toalecie, która przy mojej chorobie musi być bardzo staranna, bo bym do tej pory spróchniał, przez tyle lat leżenia, a ja ciało mam zdrowe jak dziecko. Jak nie może, to robi to młodsza córka, która mieszka nad nami. Bardzo serdecznie przy tej okazji chciałbym im podziękować. Równie serdecznie chcę podziękować mojemu najlepszemu przyjacielowi Rysiowi Sobotko.
Mam teraz 83 lata, moja żona jest moją rówieśnicą. Ja się w niej zakochałem, jak mięliśmy po 14 lat. Ja jeździłem, żeby ją zobaczyć i okazało się, że jest to miłość na całe życie. A przez te lata różnie było. Jak to młodzi, o byle co gniewaliśmy się, a najczęściej z powodu zazdrości, która ma wielkie oczy i człowieka ogłupić może, wie pan, jak to w życiu. Ale teraz ta miłość się sprawdza. Teraz wiem, że moja żona to mój najdroższy przyjaciel.

Źródło: kwartalnik „Kultura Wsi” 2014 nr 1