Rozmowa Elizy Czapskiej z Joszko Brodą

Joszko Broda to jeden z najbarwniejszych postaci świata polskiej muzyki źródłowej i kręgu muzycznego czerpiącego z niej inspiracje. Gra na drumli, fujarze postnej, fujarze sałaskiej, fujarkach pięciootworowych, rogach, trąbce, skrzypcach, gajdach, kozie, okarynie, liściu, słomce, trzcinie i wielu innych instrumentach. Współpracował m.in. z Wojciechem Waglewskim, Michałem Lorencem, Grażyną Auguścik, Anną Marią Jopek, Antoniną Krzysztoń, Arką Noego,  zespołem Voo Voo, zespołem Raz Dwa Trzy i Tomaszem Budzyńskim. Za swoją działalność muzyczną, społeczną i edukacyjną został odznaczony Złotym Krzyżem zasługi dla Rzeczypospolitej Polskiej. 

– Pojawił się Pan na scenie w wieku czterech lat w zespole swojego ojca. Co znaczył dla dziecka, takiego jak Pan, kontakt z tradycyjnymi instrumentami, muzyką góralską?

To był cały mój świat. Ludzie grający na tradycyjnych instrumentach, muzyka góralska, obrzędy stanowiły moje naturalne otoczenie […] Mieszkałem w Istebnej Zaolziu, gdzie dopiero w osiemdziesiątych latach położono asfalt […] w zasadzie w środku lasu, który był moim placem zabaw, miejscem eskapad z kolegami z sąsiedztwa, ale też źródłem konarów i patyków, z których potem tata robił doskonałe instrumenty – fujarki […] Wydobyte z lasu instrumenty lądowały w pracowni mojego taty. Dostawałem do niej klucze i niemal codziennie grałem długimi godzinami […] Dzięki umiejętności muzykowania mogłem brać czynny udział w życiu mojej wsi i to mi się najbardziej podobało […] Wesela, chrzciny, pogrzeby, urodziny, imieniny, kolędowanie i inne góralskie „okazje”. Prawdziwe wiejskie życie […]

– Mógłby Pan opisać dom Pana dzieciństwa i jego atmosferę związaną z kręgiem lokalnej kultury beskidzkiej?

Dom stał na skraju potężnego lasu, z którego można było wyjść przez przypadek na Słowacji lub w Czechach… Nasz dom tętnił kulturalnym życiem […] Fascynującym elementem mojego dzieciństwa było wspólne odkrywanie starych pieśni, obrzędów, tańców […] Dzięki swojemu wykształceniu tata był człowiekiem posiadającym pewien dystans i myślę, że dzięki temu, dało się wiele rzeczy ocalić, wielu elementom kultury nadać nowe życie […]

– „Jestem wieśniakiem” – przedstawia się Pan nieraz. Co znaczy dla Pana nim być?

Urodziłem się, wyrosłem i wychowałem w Istebnej, czyli na wsi. Jestem więc wieśniakiem […] Oczywiście zdaję sobie sprawę z negatywnego wydźwięku tego słowa w naszym społeczeństwie. Wiem, że wywołuje negatywne skojarzenia, chciałbym natomiast zwrócić uwagę na to, że utworzono pewien stereotyp. Jest to związane z historią naszego kraju.

– Tradycja dawniej konsolidowała mieszkańców wsi i stanowiła czynnik wyróżniający. Łączyła ludzi. A dziś jaką pełni funkcję?

Ludzie na wsi tworzyli kulturę, gdyż była im potrzebna w codzienności. Żeby można było potańczyć, potrzebna była kapela. Nie było mediów, więc wolny czas ludzie poświęcali na rozmaitą twórczość […] Obserwujemy dzisiaj zupełnie nowe trendy. Wiele nich w pewien sposób łączy ludzi, ale nie dzieje się to na poziomie wsi, czy nawet rodziny, ale dzięki – choćby – Internetowi, na poziomie podobnych zainteresowań, niezależnie od miejsca zamieszkania. Na poziomie całego społeczeństwa ludzie odeszli już od kultury ludowej […] Ważne jest to, że dziś impulsem do kontynuowania kultury ludowej są ludzie wykształceni, inteligencja. Oni podejmują próby ocalenia, rekonstrukcji. Ale to już zupełnie coś innego niż kultura wsi.

– Współpracował Pan z Anną Marią Jopek, Wojciechem Waglewskim, rodziną Pospieszalskich; z wykonawcami muzyki oficjalnego obiegu. Co ciekawi ich w świecie muzyki ludowej?

[…] Kultura wsi, a szczególnie muzyka wiejska, to dla muzyków niewyczerpane źródło inspiracji. Polska muzyka ludowa, czy to góralska, czy ta ze wschodniej czy centralnej Polski jest niezwykle ciekawa i różnorodna: mamy to śpiew polifoniczny, mamy siedem odmian dud, rymy nieparzyste. Widzę jak muzycy niezwiązani z muzyką ludową, odkrywają powoli jej piękno i zaczynają przezywać prawdziwą fascynację kulturą polskiej wsi, a szczególnie kulturą muzyczną. To ciekawy proces i cieszę się, że tak się dzieje.

– Jak ocenia Pan obecność muzyki, kultury ludowej w świadomości Polaków? Czy należy ją promować w większej mierze? W jaki sposób?

W tym momencie tylko elita jest gotowa do odbioru tej muzyki […] Świadomość ogółu naszego społeczeństwa jest chyba w zupełnie innym miejscu. Nie jestem przekonany, że promowanie zmieni w diametralny sposób sytuację, bo do odbioru sztuki trzeba mieć przygotowanie […] Nie jestem za tym, żeby na siłę komuś coś narzucać, ale dałbym szansę dzieciom, żeby mogły poznać, zetknąć się z kulturą ludową, choćby po to, żeby wiedziały, jak spędzali czas ich dziadkowie, sąsiedzi wiele lat temu, żeby wiedziały, kim naprawdę są, by móc odnaleźć siebie w historii.

– Obserwując własne dzieci, które angażują Państwo w przedsięwzięcia związane z kulturą ludową, jak opisaliby Państwo proces wchodzenia przez nie w świat tak różny od kultury pop promowanej w mediach?

[…] W naszym domu nie ma telewizji ani gier komputerowych, ale są książki i płyty z muzyką. Nasze dzieci mają „tacika” (po góralsku dziadka) Józefa, który uczył się grania i śpiewania od ludzi urodzonych w XIX wieku. Teraz uczy swoje wnuki. Zachowujemy w tym ciągłość kultury, która tworzyła się w naszej rodzinie od ponad siedmiuset lat […] Dobry pop nie jest zły. Nie mieszkamy w skansenie, ale wiedzieć kim się jest i skąd się jest to podstawa. Dzieci są niezwykle otwarte i wszystko chłoną, zatem nie można przegapić momentu, w którym jesteśmy w stanie przekazać im to, co dla nas jest ważne. Dla mnie i dla żony najważniejsze jest to, żeby przekazać naszym dzieciom wiarę w Boga, potem, żeby miały świadomość, w jakim kręgu kultury żyją i z jakiego pochodzą.

Wywiad został zamieszczony w kwartalniku „Kultura Wsi. Ludzie. Wydarzenia. Przemiany” 2014 nr 1